‘44

•Grudzień 16, 2008 • Dodaj komentarz

To było wyjątkowo upalne lato; mimo końcówki ostatniej dekady września nie zamierzało ustąpić. Słońce niestrudzenie rozlewało się po strapionych elewacjach budynków, osmolonych gzymsach i wyszczerbionych zabytkowych zwornikach, krzesząc z nich ostatnie tchnienie przemijającego piękna, pomagając stać się jaśniejszymi i choć mniej zimnymi. Ulica była pusta i ogłuszona szarym popiołem, otulającym ją niby kobiercem śniegu – równie dobrze mogła być cmentarną aleją. Spalony – teraz popielaty – tramwaj, leżący przy dawnej aptece był tym samym, którym jeździł do gimnazjum na Myśliwieckiej. W pustych oczach błyskała myśl o tym, że kiedy wracał z niego do domu w maju ‘39, przy wtórze szumu śliwowicy w głowie, po zdanej maturze – przeżywał “tą” najszczęśliwszą chwilę. Nienaturalnie nagie drzewa, jakby ciągle w oszołomieniu, zdawały się kierować rachityczne, poranione konary ku niebu, przywodząc na myśl sylwetki skupionych pątników. Wygięte w absurdalnych pozach uliczne latarnie, pochylone ku zachodowi, kłaniały się niezbyt wdzięcznie przejeżdżającym z rzadka szarym, benzynowym ciężarówkom wiozącym żołnierzy w dwuczęściowych maskach przeciw gazowych, burząc zastałe skupienie. Powietrze było parne, ubranie kleiło się do skóry niczym gaza. Już Od jakiegoś tygodnia jasno było przez całą dobę, łuny ognia trawiły kolejne dzielnice, niebezpiecznie zbliżając się do ich przyczółka. Wszystko przesiąkło spalenizną zachłannego dymu, coraz częstsze spazmy dopadały ich płuca. W prawej kieszeni na piersi nosił jeszcze zeszłotygodniowy przydział Phillip Morrisów ze zrzutów, zastanawiając się czy kiedykolwiek nabierze jeszcze na nie ochoty. Nie odwrócił się, by spojrzeć na buchający ogień, zaczynający trawić kolejny budynek – oczy bolały go od nadmiaru światła. Właściwie ten blask nad horyzontem w innych okolicznościach mógłby wydać się zdumiewającym – zdeformowany nieustannymi bombardowaniami, tracący powoli pierwotny kształt, budynek Prudentialu ciągle mógł budzić zachwyt, a niewyobrażalny żar zniekształcający widok na dalsze dzielnice, deformował obraz jak krzywe zwierciadła luster, w niewyobrażalnej skali. W innych okolicznościach, ale nie w cieniu godziny “W”.

____

Czata 49. Po przebiciu do śródmieścia, została ich tylko garstka. Zbudowali barykadę w ślepej uliczce na Wilczej, z zamiarem bronienia się do końca. Nie minęły dwa dni, kiedy Goliat rozbił ich oddział. Próbowali oczywiście przestrzelić kabel, ale po kilkunastu strzałach zabrakło im amunicji, a zaporowy ogień Niemców uniemożliwił im jakąkolwiek drogę ucieczki. Eksplozje przeżyło tylko dwóch. Nazwijmy ich “M” i “P”. Po zakończeniu walk ukryli się w wieży starego kościoła na Chmielnej.

____

Obmacał kieszenie w nadziei znalezienia resztki niedojedzonych sucharów. Najpierw bluzę, potem spodnie. Nic nie znajdując, chwycił za brezentowy chlebak i po chwili z wymownym uśmiechem wygrzebał z niego puszkę zakonserwowanego, ciemnego chleba. Był twardy, ale jeszcze świeży. Macając dno torby, wyczuł ponad to walające się po nim dwa kawałki żelaza. Jeden z nich okazał się wystrzelonym pociskiem Mausera.
- Co ty ze sobą targasz? Jak dziecko!
- To jeszcze z początków powstania… Pamiątka po jednym “gołębiarzu”.
- I Co z nim?
- Zagubiony pocisk. Zniknął z całą kondygnacją.
- Nooo…- A to? -/pokazał mu obracając powoli miedzy palcami kawałek żelaza z ostrymi końcami/
- Odłamek. Granat na Woli. Niedługo przed przebiciem do Śródmieścia -/podwinął lewy rękaw Tarnjacke pokazując okazałą bliznę na przedramieniu , wyraźnie do końca jeszcze nie zagojoną/ – Na szczęście -/powiedział zdejmując odłamek z jego dłoni i i chowając z powrotem do chlebaka./
- Wiesz. Dobrze, że pancernym nie dostałeś, bo mógłbyś nie udźwignąć. -/powiedział pod koniec nie mogąc już powstrzymać się od wybuchu spazmatycznego śmiechu. Ten przyłączył się zaraz po nim. /

Dj Shadow – Blood on the Motorway

©

•Grudzień 6, 2008 • Dodaj komentarz

Postawiła bosą stopę na rdzawo brązowej mekacie, kupionej zeszłego roku w Maroku, kiedy to zauroczona wyszytą ręcznym ściegiem złotych nici, sceną przedstawiającą oazę Nomadów z okresu, gdy stopy Mahometa stemplowały jeszcze spalone słońcem, wschodnie ziemie, stwierdziła, że jest tak unikalną, iż – jak później relacjonowała – jakiekolwiek inny kobierzec można nazwać w konfrontacji z nim, co najwyżej fastrygą. Szelest jej szyfonowej sukni, w miętowym odcieniu, zdawał się być reminiscencją brzmienia przeczesanego jesienią drzewostanu kasztanowca poddanego niejednostajnemu, jakby pozbawionemu zdecydowania oddechu wiatru, szum ten w przeciwieństwie do niego wydawał się być nieco bardziej stłumiony, gładki i niósł z sobą rysy hipnotyzującej eteryczności. Chwytając za poły sukni i niosąc ją zadartą do góry, ominęła niezauważenie mężczyznę siedzącego do niej tyłem, który w zabytkowym fotelu obitym w jasno zielonkawy welur, w skupieniu studiował dodatek dziennika z doniesieniami giełdowymi. Pod sufitem unosił się gęsty, zawiesisty dym wypływający z rozżażonego cygara między jego palcami, z których jeden uzbrojony był w złoty sygnet z wygrawerowanymi gotyckim pismem inicjałami. Mimo zamknięcia za sobą drzwi gabinetu, próbowała rozrzedzić drażniące powietrze wachlarzem z kości słoniowej. Odkąd udało jej się przezwyciężyć koklusz, przywiedziony za sobą z Afryki, tytoniowy dym irytował ją coraz mocniej. Siadając przy sekretarzyku, zdążyła skinieniem palca przywołać majordoma, który bez słowa podszedł do niej z kieliszkiem wermutu na tacy. Spojrzała na jego wyżłobioną czasem twarz o hebanowym odcieniu.  Twarz, do której dawno się przyzwyczaiła i być może, dlatego tak rzadko się w niej przeglądała. Na swój sposób mogłaby być piękną gdyby nie oczy, które celowały przed siebie, były całkowicie przezroczyste, bez jakiegokolwiek wyrazu, stracenie puste. Dziękując mu odesłała go z powrotem tym samym gestem, którym go przywołała. Zamoczyła pióro w kałamarzu i zaczęła: “Postawiła bosą stopę na rdzawo brązowej mekacie…”
Lubiła swoje życie.

Aesop Rock – None Shall Pass

La Passión

•Listopad 21, 2008 • Dodaj komentarz

Podmuch orzeźwiającego scirocco roztańczył plisy jej czarno – białej sukienki z żorżety, uwydatniając smukłość sylwetki. Zachęcająca woń popołudniowego, letniego powietrza Barcelony otuliła całe pomieszczenie, rozmywając przyjemny, lecz już lekko nazbyt intensywny zapach terpenyny, zastępując go aromatem pyłków rozkwitających o tej porze korkowych dębów, które tak licznie i wdzięcznie porosły róg ulic Passeig de Grácia i Provença.
Pilár zmrużyła oczy rozkoszując się przyjemną monotonią gwaru ulicy, przepełnionego tętętem podkutych , końskich kopyt i rozpływającym się w górującym nad nimi popiskiwaniu rybitw, nawoływań ulicznych sprzedawców cytrusów. Jej twarz z wolna zastygała, uwydatniając kredowy odcień jej cery, sprawiającej wrażenie całkowicie niedostępnej dla jakiegokolwiek promienia słońca. Była to jedna z tych twarzy, która mimo łagodności rysów, nosiła w sobie cień niedostępnej nikomu tajemnicy.
Ramón odetchnął, była to sekwencja tych kilku chwil, dzięki którym mógł bezwstydnie ślizgać się wzrokiem po jej ciele. Mimo, że pracował nad jej portretem od kilku dni, jego zwyczajną śmiałość, burzyła bezpośredniość jej naturalnej, europejskiej sensualności, nienoszącej w sobie jakiegokolwiek śladu wyuzdania.
Przyjmował podobne zlecenia od kilku miesięcy, kiedy to mimo dobrych recenzji jego ostatni wernisaż , przyniósł finansową porażkę. Nie był w stanie pogodzić się z myślą, iż impresjonizm – czy jak go wolał nazywać w swoim przypadku: postimpresjonizm – odszedł bezpowrotnie w kierunku annałów historii, za zasłoną braku emocji. Nie mógł na równi konkurować z będącymi na fali Miró czy pracami kubistów, ale też zaciekle trzymał się myśli, że wielki artysta – a za takiego sie uważał – jest ponadczasowy i to on tworzy trendy. Przez ostatnich kilka miesięcy jednak zdążył pożegnać się z tym pomysłem. Zdecydował się powrócić do zdecydowanie łatwiejszej, minimalistycznej kreski, żywych kolorów i prostszych form, taka sztuka, może i nie była w nurcie awangardy, ale zawsze pozostanie ponadczasową i co najważniejsze – wypłacalną.
Pilár z zamyślenia wyrwało mlaśnięcie pszczoły, która rozbiła się o szybę, przecinając smużką niepokoju zastałą ciszę. Otwierając oczy, uchwyciła wzrok Ramóna, który przepełniony zmieszaniem skrył się automatycznie za ścianę płótna, niczym dziecko, któremu przetrącono ręce w momencie, kiedy sięgał po coś zakazanego w jego wieku. Uśmiechnęła się do siebie, tuląc podbródek do piersi i zakładając nogę na nogę, schyliła się ku stolikowi z kutego żelaza i chwyciła nóżkę kieliszka z martini, kołysząc nim delikatnie dookoła, by trunek zwilżył suche ścianki naczynia. Refleks słońca odbitego w jego rancie, błysnął po hebanowym blacie, na którym stał tylko kandelabr i i ołowiana, kubańska popielniczka z trzema niedopałkami ze śladami rubinowej szminki na ustniku.
- Seniór. - wydobyła z suchych ust, natychmiast zwilżając je resztką martini. – Jest pan przecież profesjonalistą. – dodała rozgryzając ostatnią oliwkę z wykałaczki, patrząc mu w oczy.

The Ecstasy Of Saint Theresa – Fluidum

Carpe fucking diem

•Listopad 8, 2008 • Dodaj komentarz

Wierzył w zbyt wiele, ale to sztuka niechcenia go zniszczyła.
Miał jedna z tych twarzy, które podprogowo budzą irytacje i automatyczny brak sympatii, niektórzy noszą takie piętno. Nie można się go pozbyć.
Któregoś dnia na spacerze spuścił psa ze smyczy, stwierdzając, że każdy jest stworzony by być wolnym. Od tego czasu zawsze już był sam.
Któregoś wieczoru znudzony somnambulicznym skakaniem z kanału na kanał, wyszedł z domu, mając zamiar iść po prostu przed siebie, spotkać ludzi, znaleźć miłość, uchwycić sens.
Tak zwykle zaczynały się filmy drogi.

Is this darkness in you, too?

•Listopad 8, 2008 • Dodaj komentarz

Po ulicach ściga mnie cień tego miasta. Po karku smaga mnie jego nerwowy oddech. Jest przerażająco chłodny. Czasem wydaje mi się, ze nigdy od niego nie ucieknę. Znam każdy jego centymetr, ulice, bramy, ślepe zaułki. Nie nosi w sobie jakiejkolwiek tajemnicy. Nigdzie nie jest tak samo, ale gdzie indziej też chyba nie ma żadnej różnicy. Wszędzie spotykam te same tynki, ten sam chłód, tych samych meneli. Każdy z nich ma tę sama opowieść, Każdy z nich był znajomym Himilsbacha, za każdego z nich płacze ta sama wódka. Różnice to tylko uwagi na marginesach, wszystkie spisane czerwonym długopisem, bo momentami trudno je odczytać. Wszędzie ludzie zadają te same pytania i wszędzie mają takie same odpowiedzi.
Popycham okulary do nasady nosa, chociaż wolałbym widzieć mniej ostrości. Trudno w to uwierzyć ale czasem wierze w jakieś ukryte znaczenie w tym wszystkim, są czasem takie dni; pół tonu jaśniejsze. Jak u Morrisona – dzień przeciw dniu, noc przeciw nocy, obroża przeciw pchłom. Gubię sens. Odbieram sprzeczne sygnały. Mijam kościoły, czasem myślę, że świat istnieje tylko dlatego, że Bóg ma jeszcze resztki sił podtrzymywać z nami rozmowę i powoli zaczyna dojrzewać w nas fantomy, które łudzą się, ze trzymają świat za jaja.
Gaszę peta o podeszwę, spluwam resztkami oskrzeli na asfalt i ruszam dalej. Gonią mnie infradźwięki formy, braku pomysłów, chęć rzucenia wszystkiego na lepsze czay. Wiesz: nie mój cyrk nie moje małpy, ale póki co…

And if you don’t like it I dare you to get excited

•Wrzesień 26, 2008 • 1 komentarz

Otwórz właz i zejdź stopień po stopniu w otchłań pierwszego zdania reszty mojego życia. Into Default City.
Tunel już jest, ale światła jeszcze nie ma, wiesz przecież, że “gdy duch słabnie, pojawia się forma”. Poprzedni blog pokrył się jej patyną i jak wszytko inne skończył sie na “Kill’em all”. Pieprzyć to.
Rozejrzyj się po budynkach zbudowanych z fraz i interpunkcji. Pierwszorzędne rzeczy z drugiej ręki czy drugorzędny asortyment z pierwszej? Bez obaw, do tego jeszcze dojdziemy.
Default City to właśnie ten stan umysłu, jak Nowy Jork Allena, jak Gotham w uniwersum DC. So welcome to Goddamned City, wytrzyj pot z czoła i przejdź kilka przecznic dalej; bez ciśnień, najwyżej po paru postach zawrócisz.
I nie pękaj, to miasto też ma swojego superbohatera.